Nakaz wstępu. Wernisaż
Urodziłam się w czasach kiedy nie było jeszcze komputerów, a ludzie porozumiewali się za pomocą słów, czasami pisali listy na papierze lub okazjonalnie dzwonili do siebie za pomocą czarnych lub szarych telefonów. Czytywali książki, i gazety, a dzieci lubiły rysować.
Rysowałam ciągle czymkolwiek i na czymkolwiek się dało - na obudowie nowego telewizora wyskrobałam szpikulcem kwiatki - mnie się bardzo podobały, moim rodzicom zdecydowanie nie. Potem w szkole wykonywałam karykatury nauczycieli, dzięki temu byłam bardzo lubiana przez kolegów, przez nauczycieli mniej. Ciągle malowałam, kolorowałam ilustracje w książkach i czasopismach. Naturalnym był wybór Liceum Plastycznego, a potem Akademii Sztuk Pięknych – spędziłam tam cudowne lata.
Dzisiaj rysuję, maluję – nie zamykam się w jednej formie wypowiedzi plastycznej.
Lubię się śmiać - „Satyra to lekarstwo na melancholię” pomaga zneutralizować negatywne emocje i dlatego wykonuje rysunki satyryczne. Wymyślanie rysunków satyrycznych, ilustracji do tekstu to także gimnastyka dla umysłu.
Malarstwo zaś to wolność kreacji – zabawa kolorem, fakturą.
Stwarzam moje światy o których nikt inny nie wiedział i nigdy ich nie widział. Kolorem opowiadam o emocjach. Kiedy odczuwam przesyt koloru rysuje piórkiem cienkie kreseczki, lub węglem kompozycje figuralne.
Jestem „wielobranżowa” i bardzo to lubię - dzieki temu nie popadam w rutynę.
Nigdy nie nudzę się tym co robię, nie ograniczam.
Pracuję szybko, w sposób spontaniczny. Wszystko ulega ciągłym zmianom. To, co robię to ślad po moim istnieniu. Moje najważniejsze prace jeszcze nie powstały, jakie będą nie wiem.
Urodziłam się 7 kwietnia, siódemka to magiczna cyfra, a to coś znaczy…